Czy po pięćdziesiątce, będąc od wielu lat żoną, matką i gospodynią domową, można zmienić spojrzenie na życie i odmienić całkowicie swoje wieloletnie nawyki żywieniowe? Otóż można!

Założyłam tego bloga w trzy miesiące po tym, jak wraz z mężem, do niedawna zatwardziałym mięsożercą, postanowiliśmy całkowicie zrezygnować z produktów odzwierzęcych i przejść na dietę roślinną, czyli wegańską.

Chcę Wam o tym opowiedzieć: opowiedzieć o tym co nami kierowało i zachęcić do zastanowienia się nad tym, co jecie. Ośmielić tych, którzy już trochę wiedzą, i którzy chcieliby zrobić podobny, wielki krok, ale nie mają odwagi.

Kuchnia wegańska nie jest ani niesmaczna, ani monotonna. Jest za to dla nas o wiele zdrowsza i pełna nowych smaków. Chcę Was tu o tym przekonać. To jak odkrywanie wielkiego, ciekawego świata za ogromnym oceanem niewiedzy. Może pokonamy go razem?


30.12.2016

W 2017 - może i Ty zostaniesz wege ?



Wiem, że wiele z Was, zwłaszcza zwierzolubnych moich czytelniczek i czytelników, jest blisko podjęcia decyzji o zaprzestaniu spożywania mięsa, a nawet o rozszerzeniu tego na niejedzenie produktów odzwierzęcych w ogóle. 

Wiem, że z jednej strony chętnie byście z nich zrezygnowali, ale z drugiej strony boicie się uczynić ten krok, bo:

Po pierwsze - co tu jeść? dieta bezmięsna czy wegańska wydają się Wam ubogie i monotonne, bo przecież co takiego można gotować i jeść oprócz w kółko warzyw i strączków? I w ogóle ile z tym roboty!

Po drugie  - czy to jest aby zdrowe? 

Po trzecie - czy wytrzymam, czy uda mi się zapomnieć o moich ulubionych mięsnych potrawach, kanapkach z serem, deserach z bitą śmietaną?

Odpowiem na te wątpliwości tak:

Po pierwsze - czy dieta roślinna jest monotonna?

Zapewniam Was że nie! Utworzyłam tego bloga właśnie po to by pokazać, jak szerokie są możliwości wegańskiego żywienia. Sama jestem weganką od niedawna, bo od kilku zaledwie miesięcy. Sama dopiero odkrywam coraz to nowe produkty, nowe sposoby wykorzystania tych innych, znanych mi od lat, ale niedocenianych (vide kasza jaglana, która z kuchennego kopciuszka przeobraziła się w królową wegańskiej kuchni :) 

Inspiracji szukam przede wszystkim w necie, kilka ciekawych blogów z wegańskimi przepisami umieściłam na bocznym pasku, ale zapewniam Was, że wystarczy zapytać wujaszka google'a o wegańskie potrawy, a sypie pomysłami jak z rękawa. Wpiszcie w wyszukiwarkę "wegańska szarlotka", "wegański pasztet", "wegańskie kotlety", czy cokolwiek tylko chcecie - zaręczam że będzie w czym wybierać! 

I wcale nie trzeba się narobić! Nie więcej niż przy "normalnym" gotowaniu.

I wcale nie trzeba wydawać więcej pieniędzy! Przestajesz płacić za mięso i sery, wcale nie tanie. Kupujesz więcej warzyw i strączków - o wiele tańsze. I masz rezerwę, żeby próbować wprowadzać do Twojej kuchni te osławione "dziwne" wegańskie produkty, czyli orzeszki, mąki, mleka sojowe czy inne nowości. Po trochu, wedle chęci i możliwości. A warzywa zawsze pozostaną podstawą Twojej kuchni i to Cię nie zrujnuje - zapewniam!


Po drugie - czy dieta roślinna jest zdrowa? 

Przez lata nasłuchaliśmy się różnych naukowych teorii o tym, że mięso jest ludziom niezbędne, że bez masła psują się oczy (co prawda pamiętajmy, że przez innych masło było wyklęte z powodu cholesterolu), a bez mleka nie będziemy mieć zdrowych kości. Ale kiedy człowiek zacznie szukać informacji na własną rękę, poza mediami i tak jakby obok sponsorowanych przez producentów żywności reklam, to nagle dochodzi do wniosku, że mięso jest dla człowieka bardziej szkodliwe niż zdrowe, a kiedy jeszcze zdamy sobie sprawę z ilości toksycznych dodatków, które spożywamy wraz z nim, sztucznych pasz, którymi są karmione zwierzęta, antybiotyków, którymi są faszerowane, polepszaczy i konserwantów, którymi nasączane są produkty mięsne - czy jeszcze ktoś wierzy że   t o  j e s t   z d r o w e?  

Również co do zdrowotności mleka jest w dzisiejszych czasach wiele wątpliwości. Poczytajcie trochę. Pomyślcie. Nie dajcie się oszukać reklamom i hasłom typu  pij mleko - będziesz wielki. 
To są slogany reklamowe producentów nabiału. Bardzo dobrze opłacone reklamy. Żebyś wydał kolejny pieniądz na ich produkty. Bo bez Twojego pieniądza oni zginą. 

Trafiłam na ciekawy raport Amerykańskiego Stowarzyszenia Dietetycznego dotyczący zdrowotności diet wegetariańskch, jeśli ktoś ma ochotę się zagłębić w temat, to tu jest tłumaczenie na polski. A tutaj można znaleźć wersję oryginalną tego raportu.

Przytoczę tu tylko fragment podsumowania: 

Odpowiednio zaplanowane diety wegetariańskie, w tym diety ściśle wegetariańskie, czyli wegańskie, są zdrowe, spełniają zapotrzebowanie żywieniowe i mogą zapewniać korzyści zdrowotne przy zapobieganiu i leczeniu niektórych chorób. Dobrze zaplanowane diety wegetariańskie są odpowiednie dla osób na wszystkich etapach życia, włącznie z okresem ciąży i laktacji, niemowlęctwa, dzieciństwa, dojrzewania, oraz dla sportowców.

Mowa tu oczywiście o diecie zbilansowanej, czyli o jedzeniu z głową. Ale dotyczny to przecież każdego z nas i wszystkich rodzajów diet.

I po trzecie - czy wytrzymam?

Powiem tak: zanim podjęłam decyzję o odstawieniu produktów zwierzęcych, miałam podobne obawy. Nieraz już, przy próbach odchudzania, moja słaba wola nie pozwalała mi na dłuższe odstawienie np tłustych serów czy słodyczy. Ale wiecie co?

Wszystko jest w głowie!!!

Jakie to mądre powiedzenie! I najprawdziwsza prawda. Czyli trzeba mieć powód, żeby zacząć myśleć inaczej. Mojej głowie wystarczyło, że poczytałam trochę więcej o tym, w jaki sposób produkuje się nabiał. W jaki sposób traktuje się krowy i kury, które rzekomo DAJĄ NAM mleko czy jaja. Nie, kochani, wyduszamy z nich to mleko i te jaja przemocą! I to w jakich okrutnych warunkach...

Wystarczyło mi też, że raz spojrzałam na pieczone udko kurczaka z KFC i zobaczyłam nogę zabitego ptaka. Przeczytałam napis na paczce mięsa w supermarkecie: policzki wołowe i zobaczyłam piękne oczy krowy, którą zabito i której policzki zapakowano w tę paczkę...

Odechciało mi się.

Nie chcę więcej brać w tym udziału. Wyłamuję się z tego mięsożernego, traktującego zwierzęta jak przedmioty, tłumu.

Kocham zwierzęta. W moim domu mieszkają zwierzęta, które są dla mnie rodziną, uwielbiam też podglądać zwierzęta na wolności. Za parę lat  zamieszkam na wsi, jeszcze bliżej natury. Nie chcę już brać udziału w jej mordowaniu. 

Decyzja była szybka, choć musiałam do niej dojrzeć, a właściwie przejrzeć na oczy. Ale kiedy już do mnie dotarło, czym dokładnie jest jedzenie mięsa i produktów zwierzęcych, to już nigdy nie wrócę do kotlecików i kiełbasek z zabitych stworzeń, ani do mleka od torturowanych i traktowanych jak maszyny krów. 

i naprawdę bardzo, bardzo żałuję.

Żałuję że nie przejrzałam na oczy wcześniej.


To co, spróbujesz? 

Jest taka fajna akcja prowadzona przez Fundację VIVA!, mająca na celu ułatwić Ci te pierwsze kroki. 

Zostań wege na 30 dni!



To moje życzenie na Nowy Rok. 
Szczęścia i zdrowia. Dla Was i dla Nich. 


27.12.2016

... i po Świętach...

Święta Bożego Narodzenia mijają tak samo szybko, jak nadchodzą. Wystarczy, że skończy się listopad i już wiadomo, że za chwilę będą Święta i za moment już będzie po... Mam tak co roku.

Ale w tym roku Święta były dla mnie prawdziwym wyzwaniem, bo po raz pierwszy wszystkie potrawy świąteczne miały być wegańskie. 

Niektóre z  tradycyjnych świątecznych potraw same z siebie są wegańskie, nie ma w nich ani mięsa ani nabiału: wigilijny barszcz, pierogi, paszteciki z kapustą i grzybami, sałatki, czy kluski z makiem - nad tymi potrawami nie musiałam się szczególnie zastanawiać. Inne wymagały trochę więcej zachodu, ale powiem szczerze, nie sądziłam, że będzie aż tak smacznie! 

Mieliśmy i wegańskiego nieśledzika - w roli tytułowej boczniak!
A przepis od nieocenionej Qd...


I bakłażany po kaszubsku, przepis znaleziony na Jadłonomii 


I bigos, najprawdziwszy i najpyszniejszy! Pomysł od Atelier Smaku


Atelier Smaku podpowiedziało też jak zrobić pyszną świąteczną galaretę niewieprzową. Przepis tutaj.



A hitem obiadowym okazała się pieczeń niemięsna z seitanu. Pomysł własny, po uprzednim wyczytaniu w necie czego się dało na temat obróbki seitanu...


Słodkości też nam nie zabrakło. Przepis na nieserniczek z kaszy jaglanej i orzechów nerkowca znalazłam na blogu Veganbanda.pl  Odlotowy smak! Znikł pierwszy...


Makowiec ze strony Kwestia Smaku, niewiele pracy, dużo przyjemności ...


I kolejny niesernik, tym razem  z tofu, przepyszny, jeszcze jeden przepis z Atelier Smaku


No i oczywiście całe mnóstwo pierniczków. Tu wykorzystałam przepisy Qd z jej pysznych Kulinarek, oraz przepis ze stronki truetastehunters.pl


Jednym słowem - internet jako skarbnica wiedzy jest nieoceniony! Już zacieram ręce z myślą o następnych Świętach, bo pomysłów na pyszne wegańskie jedzonko jest tam jeszcze baaardzo dużo.

Niewiarygodne jak wiele i jak smaczne świąteczne potrawy można wyczarować nie używając produktów pochodzenia zwierzęcego. 

A dodatkowo mam świadomość, że nasze świąteczne łasuchowanie było w tym roku o wiele zdrowsze i mniej szkodliwe dla naszych organizmów. No cóż, nie da się ukryć, że dieta wegańska jest zdrowa. I to zarówno dla ciała jak i dla ducha. Miło jest utwierdzić się w przekonaniu, że wilk może być naprawdę syty i zadowolony a owca... cała i zdrowa. :)


14.12.2016

A co te wegany do chleba jedzą?...

Pomyśleć by można, że bez wędlin i serów nie ma z czym jeść pieczywa.
Toż to wegańskie życie smutne by było, naprawdę!

Ale na szczęście, okazuje się, że jednak mamy czym okładać nasze kanapeczki!
W sklepach kupić można przeróżne pasty i pasztety na bazie soi oraz warzyw. 

Hummus - najbardziej chyba znana wegańska pasta z ciecierzycy, jest do kupienia w sklepach, ale też nietrudno zrobić ją samemu w domu.

W domu robię też przeróżne pasty warzywne, z oliwek (hiszpańska tapenada), z bakłażana, z fasoli, właściwie - tak jak z kotletami i pasztetami - z czego tylko dusza zapragnie!

A ostatnio zatęskniło mi się za ulubionym smakiem śniadaniowym i zrobiłam pastę niejajeczną... 


Smakowała wybornie, poczęstowany nią nie-weganin(jeszcze) minę miał nieźle zdumioną, że nie ma w niej jaj. A ona jest bez jaj, naprawdę!


Pasta niejajeczna to po prostu serek tofu rozciapciany widelcem, przyprawiony kurkumą i czarną solą himalajską, a do tego posiekana natka pietruszki. Pycha, naprawdę :)

Robiłam też i bardzo lubię, niesmalec z cebulką. Pokazałabym tu, ale kiepskie fotki mi wyszły, więc pokażę i opowiem o nim dokładniej następnym razem.

A jeszcze inna, przepyszna pasta to guacamole, czyli pasta z awokado. Awokado musi być naprawdę miękkie, wtedy ma ten swój pyszny smaczek, który podkreślamy solą, cytryną i czosnkiem. I już. Nic więcej nie trzeba dodawać. Prawdziwy smakołyk:



Awokado zawsze najbardziej smakowało mi na ciemnym pieczywie. A ostatnio miałam okazję spróbować chyba najlepszego razowca w moim życiu. To właśnie on jest tutaj na fotkach, a upiekła go dla nas moja dobra koleżanka, autorka jednego z najsmakowitszych kulinarnych blogów, Kulinarki. Klara Hołubiec, zwana przez wtajemniczonych Qd, kocha gotować i robi to świetnie, od lat podrzucając nam smakowite pomysły i przepisy, a przy ich czytaniu nieraz ślinka aż cieknie po brodzie...  Jak nie wierzycie, to sami poczytajcie.



A przepis na ten niezwykle pyszny chleb, zwany moskiewskim, znajdziecie tutaj

Koniecznie zajrzyjcie do Kulinarek, bo pasja Qd często bywa zaraźliwa, a naprawdę warto się zarazić! 

A choć Klara H. weganką nie jest, to lubi prawdziwe kulinarne wyzwania, dzięki czemu powstał jej przepis na pyszne wegańskie pierniczki, którymi obdarowała nas rok temu. W tym roku sama zamierzam go wypróbować i mam nadzieję że choć w połowie będą tak smaczne, jak w Jej wykonaniu...  :)

Jak zrobię to opowiem i pokażę. Ale to już w następnych notkach, do czytania których zapraszam :)


10.12.2016

Galaretka niemięsna - jakie to pyszne :)


Galaretki mięsne gościły w naszym domu dość często. A nawet zdarzało mi się robić galaretkę z samymi warzywami, ale na wywarze z żelatyną. Teraz żelatyny nie będę już używać. Nawet ta w słodkich galaretkach pochodzi z kości zwierząt, nie ma dla niej miejsca w mojej kuchni.

A tu idą Święta, człowiek by chciał żeby świąteczne potrawy nawiązywały jakoś smakiem do tego do czego jesteśmy od lat przyzwyczajeni. 

Już wiem, że z tradycyjną sałatką jarzynową nie będę mieć problemu, odkąd domowy wege-majonez stał się naszą codziennością i robię go w 3 minuty z mleka sojowego i oleju.

Pora na kolejną świąteczną potrawę, czyli galaretkę właśnie. Rzut oka w internety i już wiem, że agar, otrzymywany z glonów morskich,  to substancja która mi pomoże. W internetowych sklepach ze zdrową żywnością można go kupić bez problemu.

No to do dzieła!

W charakterze niemięsa wystąpił u nas smażony serek tofu, pokrojony wcześniej w kostkę i przyprawiony sosem sojowym i wędzoną papryką:



A do tego warzywa, z tym pełna dowolność: co kto lubi i co kto ma. Ja miałam mini marcheweczki oraz troszkę chińskiej mrożonki, ugotowałam do miękkości, dodałam ze dwie pieczarki, wymieszałam z tofu i poukładałam wszystko w miseczkach. Na dnie warto ułożyć natkę pietruszki, bo dodaje uroku gotowej galarecie.


Wywar z warzyw doprawiłam do smaku (u mnie sos sojowy,  pieprz, ziele angielskie i laurowy listek), i zmieszałam z agarem rozpuszczonym w zimnej wodzie. Moje proporcje to 2 łyżeczki agaru na ok 3/4 litra wywaru. Następnie taki wywar z agarem trzeba zagotować i pogotować z minutkę czy dwie, żeby agar uwolnił swe żelujące moce :)

Gorącym zalałam warzywa. 


Po ostudzeniu było już gotowe. Galaretka wyszła dość twarda. Jest inna niż z żelatyny, bo nie jest tak sprężysta i kleista. Ale w smaku naprawdę pyszna. Z majonezem czy sokiem z cytryny, jak kto lubi.

Rodzinka zachwycona :)

No i mam gotowe kolejne danie na świąteczny stół!



Następną zrobię z dodatkiem boczniaków. Ciekawam jak będą smakowac w roli niemięsa w galarecie :)



08.12.2016

Jaglanka w akcji, czyli snickers inaczej

Kasza jaglana jest naprawdę wszechstronna. Nie zdawałam sobie z tego wcześniej sprawy. Teraz mam ją zawsze pod ręką.

Poprzednio wkręcałam jaglankę do pasztetu, dziś pokażę ją w słodkiej roli snickersowego kremu.

Wegańskie ciasto snickers znalazłam TUTAJ i to było pierwsze ciasto jakie przygotowałam po przejściu na dietę roślinną. Miałaś okazję spróbować go u mnie, pamiętasz? 

Dziś zrobiłam je po raz kolejny, żeby pokazać jaki to prosty i szybki do wykonania deser. A jaki pyszny!

Kaszę jaglaną przepłukuję na sitku i zalewam mlekiem roślinnym. Dodaję cukier wanilinowy, a jeszcze lepiej strączek prawdziwej wanilii. Gotuję na małym ogniu aż kasza będzie bardzo miękka i wchłonie cały płyn. To trwa około 15 - 20 minut. 



Tak wygląda kasza po ugotowaniu.


W czasie, gdy kasza się gotuje, przygotowuję spód. Czyli daktyle, troszkę zmiękczone przy pomocy pary (sitko nad garnkiem z gotującą wodą)


oraz orzeszki ziemne. Na ogół kupuję nieprażone i niesolone.Tym razem miałam prażone, a do snickersowych celów musiałam je też lekko posolić.



Daktyle i orzeszki trafiły do malaksera


i po kilku minutach miksowania zrobiła się z nich taka oto lepka masa:


Ta masa to spód naszego snickersa. Wylepiłam nią dno blaszki. Polecam robić to na papierze do pieczenia, żeby się nie przykleiła do niej na amen.

Powiem szczerze, już na tym etapie ma człowiek ochotę wyjeść całą tę masę daktylowo-orzechową, bo jest naprawdę pyszna...

No ale nic, bądźmy dzielni i pocieszmy się resztkami pozostałymi w misce malaksera. A tymczasem blaszka wylepiona prezentuje się tak:


Następnie, przy pomocy patyka miksuję ugotowaną kaszę na gładką masę.
Wcześniej trzeba oczywiście wyjąć strączek wanilii. 

Można też masę trochę dosłodzić, ale w sumie nie trzeba, bo i spód jest słodki, i na górze jeszcze będzie słodko.

Oczywiście zapomniałam zrobić zdjęcia w odpowiednim momencie. 

Ale za to widać jak wykładam zmiksowaną kaszę na orzechowo-daktylowy spód.


Na to wysypuję resztę orzeszków, wgniatając je troszkę w masę jaglaną.


Teraz możemy sobie posłodzić, miałam akurat syrop z agawy, ale może być też klonowy, albo jakikolwiek inny.


A na wierzch polewa własnej roboty, czyli rozpuszczona w kilku łyżkach roślinnego mleka gorzka czekolada. 


Teraz trzeba cierpliwie poczekać, aż snickers nabierze mocy w lodówce. Po godzinie można już podjadać, ale najlepszy jest po minimum dwóch, trzech godzinach, kiedy się porządnie schłodzi, zastygnie i przegryzie. 




Polecam, bo jest to pyszne ciasto i naprawdę proste do zrobienia. A poza tym zdrowsze od swojego imiennika, na pewno...

Mam nadzieję, że kogoś zachęciłam :)

Przybliżone proporcje na kwadratową blaszkę 24 cm.

Spód:
2 szklanki suszonych daktyli
1,5 szklanki orzeszków ziemnych, prażonych i solonych

Masa:
1 szklanka kaszy jaglanej, cukier wanilinowy albo wanilia w strączkach
3 szklanki mleka sojowego albo innego roślinnego

Na wierzch:
1 szklanka orzeszków
Syrop do polania 
Polewa czekoladowa przygotowana  z kilku łyżek mleka roślinnego i tabliczki gorzkiej czekolady

No i to tyle. Kto spróbuje ?

01.12.2016

Przepis na ciasto bez przepisu :)

Od lat jestem specjalistką w gotowaniu bez trzymania się przepisów, oraz w wykorzystywaniu przeróżnych lodówkowych resztek. Pierwsza specjalizacja jest zgodna z moim niepokornym charakterkiem, a do drugiej przyuczyło mnie życie, nie zawsze opływające w luksusy.

Jedyną kuchenną dziedziną, w której nie odważałam się zbytnio improwizować, było pieczenie ciast. Wydawało mi się że w tej dziedzinie nic "na oko" nie da się zadziałać. 

Otóż, nic bardziej mylnego! 

Pewnego dnia kupiłam na bazarku banany, które natychmiast po przyniesieniu do domu nabrały antypatycznego, czarnego koloru. Trzeba było szybko coś z nimi zrobić, więc pomyślałam o cieście bananowym. Ale że w kuchni zalegają mi od jakiegoś czasu przeróżne dynie, postanowiłam połączyć jedno i drugie.



Próbowałam znaleźć w necie jakiś przepis na wegańskie ciasto dyniowo - bananowe, niestety nie znalazłam nic przekonującego. 

Postanowiłam więc pokombinować i zaczerpnąć natchnienia z kilku przepisów jednocześnie.  

Kawałki surowej dyni zmiksowałam na miazgę.


Dodałam do tego dwa banany, niestety z wrażenia zapomniałam uwiecznić ten fakt i dopiero po zmiksowaniu pstryknęłam kolejną fotkę:


Osobno zmisowałam nieprażone orzechy ziemne z dodatkiem płatków owsianych. 


Dodałam sypkie do mokrego i wymieszałam


Dosypałam jeszcze sporo cynamonu i trochę mąki, żeby masa nie była zbyt mokra. Do mąki dodałam wcześniej dwie płaskie łyżeczki sody. A do masy mały chlust octu jabłkowego, żeby się ciastu trochę chciało urosnąć.


I to koniec pracy. Wrzuciłam wszystko na blaszkę wyłożoną papierem i wstawiłam do piekarnika na 180 stopni. Piekłam sporo ponad godzinę, sprawdzając patyczkiem jak bardzo jest jeszcze mokre. 

Przyznaję, że brałam pod uwagę, że całość wyląduje w śmietniku, jeśli okaże się, że nie będzie się nadawało do jedzenia.

Ale nie było takiej potrzeby! Upiekło się i było całkiem smaczne. W każdym razie upieczone po południu, znikło do następnego poranka!


No to teraz zreasumuję składniki, tak mniej więcej:

- spory kawałek dyni, myślę że ok między 0,5 a 0,75 kg
- dwa banany
- dwie szklanki orzechów ziemnych, nieprażonych
- pół szkanki płatków owsianych (można więcej, ja akurat tylko tyle miałam)
- ok. 3/4 szklanki mąki (u mnie jaglana)
- 2 płaskie łyżeczki sody
- 2 łyżki octu jabłkowego, może być sok z cytryny

Ciasto bez cukru, bez tłuszczu i bez jaj!
I bez przepisu!
I wyszło!
I było naprawdę smaczne !




25.11.2016

To ci dopiero pasztet! (wegański, a jakże...)


Pasztety warzywne to następny rodzaj dań, kóre uwielbiam i jeść, i robić. 

Po pierwsze, dlatego, że są pyszne i można je jeść zarówno na chlebie jak i osobno. Ja wolę bez chleba.

Po drugie, dlatego, że robi się je szybko i łatwo. 

A po trzecie, bo można je zrobić z tego, co akurat zalega w lodówce. To bardzo wygodne, a pasztet wychodzi za każdym razem trochę inny, co również ma swój urok. Można też poszaleć sobie z przyprawami i nie trzeba specjalnie trzymać się przepisów, czego, jak może już wiecie, nie cierpię. Aczkolwiek oczywiście warto jakieś ogólne zasady zachować. Ja te ogólne zasady przyswoiłam sobie ze świetnego przepisu Jadłonomii na "pasztet warzywny doskonały".  Pierwszy pasztet robiłam według tego właśnie przepisu, a później to już jak zawsze u mnie - luźna inspiracja, zwana czasem też wolną amerykanką :) Zachowałam sobie tylko zasadę dodawania kaszy jadlanej ugotowanej i surowej - bardzo fajny patent, bo kasza trzyma pasztet w tak zwanej "kupie" i dzięki niej jest mniej lub bardziej zwarty, zależnie od tego ile tej kaszy wrzucimy.

I nieprawdą jest, jakoby do pasztetu konieczne były jaja. Bez jaj, absolutnie!

Pokażę na fotkach jak robiłam ostatni pasztet, co prawda już niezbyt zgodnie z oryginalnym przepisem, ale "ogólne zasady" pozostały :)

W lodówce zalegała mi marchew a na parapecie dynia. No to obie siup do gara (najpierw podsmażyłam cebulkę i trochę przypraw, bo lubię)


Później znalazłam jeszcze kawałek selera, też skończył marnie (a to feler...).


Poddusiłam, aż wszystko było miękkie i dorzuciłam jeszcze przypraw i natki pietruszkowej.


Zmiksowałam przy pomocy patyka, zwanego też żyrafą. Jak widać, niezbyt dokładnie, ale tak lubię.


Kaszę właściwie należało dodać przed zmiksowaniem, wtedy pasztet byłby bardziej zwarty, No ale ja zrobiłam odwrotnie. Dodałam na końcu. I też fajnie.


Mój kolorowy pasztecik po upieczeniu:


W przekroju widać wszystkie składniki. Kto chce gładszą konsystencję, musi sobie dłużej pomiksować, no i dodać kaszę PRZED miksowaniem, a nie po.



A to już najprzyjemniejszy widok, czyli pasztet na moim talerzu, z pomidorem, ogórkiem własnej roboty (Kasiu z Okołokuchennie, Twój przepis :) oraz majonezem wegańskim - bez jaj! :)


A tu jeszcze fotka jednego z poprzednich pasztetów, trochę bardziej zwarty i gładszy był, bo właśnie kaszę dodałam przed miksowaniem.


No więc kolejne danie, przy którego przygotowaniu można sobie poimprowizować. I naprawdę zachęcam Was. Bo i łatwe to, i smaczne, i zdrowe.

12.11.2016

Już nigdy nie wyleję dziecka z kąpielą ...

A konkretniej to nie wyleję już nigdy wody która zostaje w puszce czy słoiku po ciecierzycy!

Aquafaba, bo to o niej mowa, to właśnie ta cenna woda po ciecierzycy. Ma naprawdę niesamowite właściwości. Pisałam już wcześniej o niej, a dziś pokażę jaki pyszny omlet można sobie z niej przyrządzić. 

Tak dla przypomnienia, to właśnie jest ciecierzyca:


W naszej kuchni właściwie mało znana. Ja lubię dodawać ciecierzycę do sałatek, lubię ją też w towarzystwie szpinaku, kiedyś może pokażę to danie - nudnawy szpinak zyskuje bardzo na tej kompanii :)

Oto więc ona: aquafaba, starannie odcedzona ze słoiczka (czasem otwieram słoik czy puszkę WYŁĄCZNIE po to żeby wykorzystać tę czarodziejską wodę i później muszę kombinować do czego by tu użyć ciecierzycy :)


A to ona już w towarzystwie miksera do ubijania piany. Można użyć też takiego ręcznego druciaka, ale ja jestem kobietą na wskroś nowoczesną i używam eletrycznego, skoro go już mam.  ;P


Aquafaba zachowuje się przy ubijaniu zupełnie jak białko jaja.
Już po małej chwilce jest pianka,


a po następnej chwilce - proszę, wielka micha pełna sztywnej aquafabowej piany!


Nic więcej nie dodawałam, to naprawdę sama woda cieciorkowa :)

Kiedy już piana jest gotowa, w drugiej misce mieszam mąkę z ciecierzycy z mąką pszenną. Powiedzmy że 3/4 szklanki ciecierzycowej i 1/2 szklanki pszennej.

U mnie takie rzeczy zawsze na tzw. oko.  Ten typ tak ma i już ;)



Teraz można dodać szczyptę proszku do pieczenia, ale nie jest to niezbędne.

Dolewam mleka roślinnego, albo wody. U mnie pół na pół. Mieszam druciakiem, aż będzie ładna gładka masa. Gęściejsza niż ciasto naleśnikowe, ale nie bardzo gęsta. 


Do masy dodaję pianę i mieszam dość delikatnie,


a jak już będzie ładnie wymieszane ...



... wylewam na patelnię z rozgrzanym tłuszczem.

Polecam tutaj olej kokosowy, a zwłaszcza nierafinowany, z kokosowym zapaszkiem :) Omlet będzie miał jeszcze pyszniejszy smak i zapach. Ja najczęściej smażę na winogronowym, albo na kokosowym właśnie.


Tu omlet sobie pięknie bąbluje na patelni. Smażę na niedużym ogniu, pod lekko uchyloną przykrywką, żeby się szybciej ściął z wierzchu. Smaży się odrobinę dłużej niż jajeczny.

A kiedy się już troszkę zetnie z góry, a od dołu jest pięknie rumiany, trzeba bo przerzucić na drugą stronę. Polecam hiszpański patent używany przy smażeniu tortilli ziemniaczanej. Czyli przykrywkę. Zsuwamy omlet na przykrywkę (musi być w miarę płaska, moja ma rancik ale jakoś sobie z nim daję radę), a potem zdecydowanym ruchem odwracamy przykrywkę tuż nad patelnią, żeby na niej zgrabnie wylądował nasz omlecik, drugą stroną do dołu.



O tak wygląda po wylądowaniu:


A w czasie kiedy nasz omlet się dosmaża, otwieram sobie puszkę schłodzonego mleka kokosowego, żeby mieć czym go posmarować przed zjedzeniem :)


Omlet gotowy. Jest puszysty i pyszny...


A posmarowany kokosowym mleczkiem i posypany ciemnym cukrem jest po prostu bosssski...


Mam nadzieję, że narobiłam Wam apetytu i zachęciłam do zakupienia jutro puszki z ciecierzycą... Tylko pamiętajcie: nie wylewajcie wody!!!